Autor Wątek: Podsumowanie "Akcji" 2011  (Przeczytany 1025 razy)

Maciek

  • Administrator
  • Użytkownik
  • *****
  • Wiadomości: 67
    • Zobacz profil
    • Email
Podsumowanie "Akcji" 2011
« : Sierpień 23, 2011, 05:35:17 »
Wrażenia z tegorocznych „Akcji weekendowych w Tatrach” umieściłem celowo w dziale poświęconym Tatrom Zachodnim, bo i tam właśnie było najwięcej premierowych odcinków i elementów w całej historii COG Katowice. A podsumowanie piszę dziś, tydzień z okładem po ich zakończeniu, nie tylko dlatego, że przyjęliśmy w ramach naszej organizacji zwyczaj dwóch tygodni na umieszczenie podsumowania, ale głównie dlatego, że potem wiele elementów może człowiek zwyczajnie zapomnieć. No a z pamięcią różnie bywa jak się jej nie trenuje regularnie  ;D.

Łyk logistyki. Przejazd ze Śląska do Zakopanego od strony Słowacji przez Namestovo, to już nie żadna ekstrawagancja, tylko konsekwentna podróż oparta na logice i oszczędności czasu i… nerwów  8). Wspomniany zapas czasu, ładne widoki choćby na Pilsko, Babią Górę od południa czy Orawę z jej jeziorem no i sprawny ruch, na dość zadbanych słowackich drogach, przez ładne miasteczka, powodują, że z uśmiechem na ustach pojawiamy się w rodzimym Chochołowie i Witowie. I naprawdę nie ma się co tak bardzo przejmować, ilością zapasowych żarówek, bezpieczników czy kamizelek lub składem apteczki u Słowaków. Jeśli mogę o coś prosić, to na pewno o NIE przekraczanie prędkości o więcej niż 10km/h! Zwłaszcza w obszarze zabudowanym… To z resztą da się wyczuć po kulturze innych uczestników ruchu. Tyle o podróży autem ze Śląska :P .

Kęs ekonomii. Pozostawienie samochodu w Kirach na niestrzeżonym parkingu na cały dzień to… 20 zł! Jest to oczywiście skandal, godny potępienia także z tego powodu, że mimo iż taka sama opłata jest właściwie przy każdej polskiej dolinie, to nasz bilet jest ważny tylko w tej dolinie w której go wykupiliśmy. A u Słowaków za 5 Euro, możemy w ciągu dnia parkować gdzie chcemy i ile chcemy, na całej długości Tatr! Dodajmy, „nieco większych” od naszych  ;). Mój samochód w Kirach udało się zaparkować na ponad dobę… za darmo(!), późny przyjazd, brak parkingowego, a pierwszy (patrząc od Kościeliska) parking z brzegu, ma także część prywatną, co w połączeniu w gigantyczną ilością gości na weselu w tamten weekend, pozwoliło na wtopienie się w tłum, anonimowość. Generalnie jednak, właściwie, poza stacjami benzynowymi (Etylina droga jak diabli!), na Podhalu płaci się słono za każde zatrzymanie. Przy „Biedronce” z Zakopanem, też! Wystarczy już może o tych „drobiazgach”, nie ma co narzekać. Robimy to w końcu z miłości do gór  :D.

Z ogromną ulgą za jedyne 4 zł człowiek wchodzi z ogromnym plecakiem, karimatą i śpiworem głębokim popołudniem w Dolinę Kościeliską i mija tysiące ludzi, idących w przeciwną stronę, którzy też pewnie chętnie przyspali by się na Ornaku… Bardzo ładnie są oświetlone, ciepłymi, popołudniowymi promieniami, okoliczne ściany, zbocza Ciemniaka, Zdziarców, okolic Wąwozu Kraków czy z drugiej strony, Raptawickiej Turni. To wszystko sprawia, że człowiek dostrzega coraz mocniej iż zostawia aglomeracyjny zgiełk za sobą i kieruje się ku spokojowi i pięknu przyrody, dodajmy coraz bardziej ciemnej i dzikiej. Mijamy jaskinie Śnieżną, Mylną i idziemy na wprost do Smereczyńskiego Stawu. Robi się pusto, dziwnie nieco. A dojście, właściwie jest już w ciemnym, gęstym lesie. Nad samym stawem jest pięknie i jeszcze wymowniej pusto. Widać dobrze Ornak, Czerwone Wierchy z Tomanową Przełęczą no i na wprost - Błyszcza oraz nad nim w białej chmurce Bystrą, która króluje w tej części Tatr. Osobiście mnie nie byłem nad tą wodą 10 lat, wstyd przyznać! Piękny staw, bardzo zachodni!  :).

Nocleg, wyżywienie, wrzątek, obsługa schroniska, woda no i ekipa, poznana w „Ornaku”, która ma takie same plany, jak nasza organizacja, to prawdziwe szczęście i przyjemność. Fantastyczni ludzie! Ania, Paweł, Kasia, Piotrek i Daria z… Wodzisławia Śląskiego(!) okazują się osobami, które nie jedno w Tatrach widziały, ale mają zarówno resentyment do starej szkoły chodzenia we flanelowych koszulach (modne ostatnio retro) po dobrze znanych szlakach w Tatrach z pełnym sprzętem, jak i odkrywania dróg, na które do tej pory nie było czasu. Dokładnie, zwłaszcza to drugie, wydało się strzałem w 10 także dla mnie i COG Katowice :D. Trudno o lepsze zgranie!

Po obfitym posiłku, obok tabunu Włochów popijających hektolitry kawy w „Ornaku” i będących oczarowanymi podaną im jajecznicą na boczku, napełniamy termosy, butelki i idemy na bogato w… dół doliny, ale do Cudakowej Polany, spotykając gdzieniegdzie kilka osób z przeciwka. Zupełnie inne oświetlenie niż dzień wcześniej. Upał jest pewny! Rześki, niedzielny poranek w Kościeliskiej, bywa zwodniczy. Dalej, nowość, skręcamy w ścieżkę pod reglami i czarnym szlakiem dajemy wzdłuż Miętusiego Potoku, w porannym lesie, do Przysłopu Miętusiego. Kilka metrów poniżej, jak i wcześniej, na wysokości ławeczki przy zakręcie na polanie na tzw. Ogonie, dobrze widzimy patrząc na zachód Czerwony Gronik i znajomo brzmiącą Zawiesitą Turnie, będącą w istocie namiastką jej słowackiego odpowiednika i olbrzymiego pożeracza palców w zupełnie innym, majestatycznym miejscu. Przede wszystkim jednak na w/w „Ogonie” przed Przysłopem wyraźnie widzimy, że mamy na dłoni w całej krasie Dolinę Miętusią. Stoimy na wprost środków dwóch liter „U” jednej za drugą. Co ciekawsze, Niżna Miętusia Rówień i Wyżna Miętusia Rówień, świetnie się komponują w lasami, które są pomiędzy nimi oraz lasami, które rosną na nieskromnych zboczach obu liter „U”. Dalej, nieco pod słonce na końcu Doliny Danie Główne: zapierająca dech w piersiach zaporowa ściana w postaci, najpierw niebywale przepasnych ścian Wielkiej Świstówki, a nad nimi Dolny od lewej Litworowej (tylko tej polskiej!) i Mułowej, a potem jeszcze nad nimi… Główna Grań Tatr z olbrzymimi ścianami Czerwonych Wierchów: Małołączniaka, panującej tam Krzesanicy i Ciemniaka. A więc dwutysięczników, których północne ściany zawsze robią wrażenie nawet na osobach, które w życiu nie trzymały ekspresu czy uprzęży w ręku. Po prostu poezja. A jest jeszcze ukryta prastara tajemnica u stóp Wielkiej Świstówki… to słynne, w pewnych kręgach, Wantule, otoczone legendą… Ale o tym później  :D.

Początkowo niebieski szlak prowadzi wzdłuż ostro pochylonego zachodniego zbocza Skorupika, wąska ścieżka, ciekawy, przysadzisty las, ostre promienie i niemal od razu głęboko w dole… Dolina Miętusia. Szlak biegnie wyżej niż to sobie wyobrażałem. Na niewielkiej polanie pod Niedźwiedziem odsłania się las ukrywający wspomniane Wantule. Z geologicznego punktu widzenia na wskutek cofania się lodowca doszło w pewnym momencie na nagłego obniżenia się całej jego powierzchni płyty o pół metra i podcięcia podstaw zrywu skalnego, co w konsekwencji, w przyszłości spowodowało, że z Dziurawego tuż pod Twardą Ścianą (na wschodnim zboczu masywu Ciemniaka) doszło do obrywu kilkumetrowych bloków skalnych w liczbie kilkudziesięciu i ich upadkowi z kilkuset metrów w dół początku doliny! Między blokami jest teraz gęsty las, nie mniej, wstęp jest tam wybitnie surowo wzbroniony. Kilka razy w roku, w celach edukacyjnych wolno tam wejść, zawsze pod nadzorem pracownika TPN. Huk jaki musiał powstać podczas obrywu i upadku musiał być przerażający! A jego odgłosy były zapewne słyszane, na całym Podhalu i Orawie, a kto wie czy i nawet nie na Spiszu. Takiego ruchu mas skalnych i głazów, nie powstydziłby się nawet Nanga Parbat w Himalajach Zachodnich, a już na pewno Eiger w Alpach. Tatry to młode góry, pamiętajmy. Góralska legenda podaje z kolei, że to kara jaka spadła na pastuchów, którzy nie dali schronienia żebrakowi, który tamtędy przechodził… To miejsce, to geologiczny, wręcz tektoniczny majsterszczyk!  ;)

Widoki z w/w polany są porażająco piękne i niebywale wyniosłe. Patrząc dookoła od zachodu w lewo widzimy poza w/w masywem Ciemniaka, Dziurawego, Twardej Ściany i Upłazu w końcu Grzbietu, potężną Kazalnicę Miętusią (nazwa godna, jak najbardziej!), dalej ponad nią Dolinę Mułową. Potem nasz wzrok kieruje się na Mułowy Ratusz (piękny ostaniec skalny) oraz Kozi Grzbiet, który oddziela Dolinę Mułową od Litworowej. I co ciekawe, Kozi, nie przypadkowo. W końcu w pobliżu nas znajdujemy Litworowy Dzwon no i Grzbiet o tej samej nazwie oraz Kobylarza, Kobylarzową Turnię, czy Zagonną Turnią. I właśnie Kobylarzowym Źlebem prowadzi dalej nasz szlak. W tracie jego podejścia pozbywam się, nie tylko ja, wszelkich wątpliwości, że to najpiękniejszy szlak w polskich Tatrach Zachodnich, a i kto wie czy w przyszłości nie będzie się równał z tym na Rochaczach na Słowacji, za Wołowcem. Bez wątpienia idziemy właściwie, nie tyle w źlebie, co miejscami wręcz w kominie pod przewieszonymi często zacienionymi ścianami Litworowego Grzbietu. Z nich woda kapie nam na głowę, a nie spływa po skałach, co świadczy o takim poziomie przewieszki mówimy. Ba! Patrząc w lewo podczas podejścia, widać wspomniane Kobylarzową i Zagonną Turnie, przed którą sterczą co ciekawsze, również przewieszone, ściany różnych ostańców. Niech mi ktoś powie, że Tatry Zachodnie to wiaterek i trawka! Co za brednie!!! Ale najciekawsze jest to, że na własnej skórze odczuwamy prozę życia i zawężenie się źlebu, to jego stromizna wraz z wysokością… rośnie, a w kulminacyjnym miejscu, mamy klasyczne zwężające się ściany oraz ubezpieczoną łańcuchami drogę. To newralgiczne miejsce, które może, jak poniższy pod nią źleb, sprawić niemiłą niespodziankę, zwłaszcza przy zejściu tą drogą z dużym obciążeniem, gdy jest ślisko, a jeszcze do tego jesteśmy zmęczeni. To taki Zawrat Zachodu! I tak Kobylarzowy Źleb proszę kojarzyć… Nie lekceważmy go, nawet jak go znamy! Jest to długa i stroma rysa między skałami. Raczej nie ma miejsca na większe błędy! Nie mniej, widok z drogi za plecami na podejściu jest także poetycki. Po obejrzeniu się za siebie, widzimy jak idealnie ułożona jest linia nawarstwienia się skał osadowych, żeby było ciekawie, Dolomitów, no i jak zostały one podcięte. To potężny amfiteatr skalny, cudnie ukształtowany w każdym detalu… Polecam z całego serca!  :)

Moi nowi, śląscy znajomi, także wiele lat chodzą po górach, coś tam słyszeli o Kobylarzowym Źlebie, ale też stali u progu zakrętu nad Litworową Granią z otwartą buzią kilka dobrych minut… Będą we wrześniu piękne zdjęcia w naszej galerii z tego rejonu! Wraz ekipą z Wodzisławia podeszliśmy aż pod Komin Flacha gdzie nad urwistymi ścianami Małej i Wielkiej Turni widać było bardzo nietypowo Giewont. Osobliwy widok. Częściowo jakby Hawrań  :D. A dalej to już ścieżka w czerwonych polach trawy na szczyt Małołączniaka 2096 m n.p.m. Tam czasem pojawiały się białe chmury, wiał silniej wiatr, ale było i słońce. Zrobiliśmy sobie na szczycie pamiątkowe, nieco zabawne, zdjęcie. Ponieważ była to niedziela, udaliśmy się czerwonym szlakiem na Kopę Kondracką 2005 m n.p.m., a potem żółtym Doliną Małej Łąki na kościoła na mszę na Krzeptówkach. I tu dzięki za info Adamowi_guidowi w Częstochowy, naszemu beskidzkiemu Specjaliście od Beskidów. Co ciekawe, podczas zejścia z Kopy, podziwiać można na wschodzie morze poszarpanych Tatr Wysokich, ale i obok na zachodnie, bardzo ładną Wielką Turnie, którą praktycznie obeszliśmy całą :D. Co tu dużo mówić. Wejście niebieskim szlakiem na Małołączniak przez Miętusi Przysłop i Kobylarzowy Źleb jest najbardziej atrakcyjnym jakim w życiu szedłem w całych Tatrach Zachodnich. I to pod każdym względem!

Wieczorem przeparkowaliśmy auto na parking w Siwej Polanie i już niemalże po ciemku uderzyliśmy w głąb Doliny Chochołowskiej na nocleg do tamtejszego schroniska. Auto dodam, stało tam za darmo, bo parkingowych już nie było  ;). Droga asfaltowa zdaje ciągnąć się w nieskończoność! Najlepiej, gdyby dojechać tam jeszcze za dnia lub z samego rana - rowerem. Za 10 zł można wziąć rower i 2/3 długości przejechać do leśniczówki, oszczędzając przy tym kupę czasu. Jakby ktoś jednak chciał wejść na Wołowiec, to najlepiej dzień wcześniej wjechać rowerem w dolinę, przenocować i z rana na „lekko” zaatakować tę górę. Resztę klamotów zostawić w schronisku. Chyba, że wejdziemy po szóstej rano do parku, rowery nie będą jeszcze czynne i półtoragodzinny osiągniemy schronisko, osobiście jednak preferuję pierwszą opcję. W nocy była burza i na drugi dzień pogoda była niepewna i zmienna, podobnie jak widoczność. Zwiedziliśmy okolice schroniska, m.in. piękną, drewnianą kapliczkę Św. Jana Chrzciciela, gdzie w wakacje o 13:00 w niedzielę sprawowana jest bardzo sprawna Eucharystia. A potem mały spacerek po bacówkach, chatach pasterskich, liźnięcie Krowiego Źlebu na Trzydniowańskim Wierchu i powrót do Zakopca. Tak więc Wołowiec i Rochacze zostały na zaś, nie należy jednak z polskiej strony łączyć Wołowca z Rochamczami, prędzej je z Wołowcem od Słowacji (moja sugestia, prywatna). Cześć ekipy z Wodzisławia pojechała busem, a część podrzuciłem autem na dworzec, oni bowiem byli już wcześniej tydzień w Tatrach :D Wielkie Dzięki dla Ani, Pawła, Kasi, Piotrka i Darii!!! :D

De facto dopiero wtedy też pojawiłem się w Zakopanym, małe zakupy, dodatkowo tankowanie, no i zmiana noclegu ze schronisk w Tatrach Zachodnich na pensjonat obok Tatr Wysokich w Cyrhli, gdzie także z dala od Krupówek, można było odpocząć, jest to bowiem cześć miasta już poza Centrum, na wzniesieniu Olczy przy drodze do Morskiego Oka, a właściwie Palenicy. Nocleg w Cyrhli był pomyślany już także pod kątem pobytu prywatnego w Tatrach (…). Natomiast zamówione wcześniej Murzasikle jest dobrym rozwiązaniem, a na większą ilość osób i na dłuższy pobyt w ramach COG. Tak uznaliśmy, na przyszłość. To także ostoja spokoju po ciężkiej „pracy” w ścianie czy ultradługiej słowackiej dolinie  ;).

Na koniec pobytu w ramach COG Katowice odbyła się wyprawa na Orlą Perć, część pierwsza, po drugiej przed rokiem. Pieszo wyruszyłem więc z Cyrhli czerwonym szlakiem na psią trawkę w absolutnej ciszy i spokoju dość urokliwego lasu, bogatego z igliwie, liczne stawiki czy mchy na coraz większych kamieniach. Tak doszedłem do Psiej Trawki, gdzie mijając Suchą (z nazwy :D) Wodę czarnym, średniolubianym przeze mnie, szlakiem po dziwacznie ułożonych kamieniach, udałem się do kultowego Murowańca. Schronisko w Dolinie Gąsienicowej już tętniło życiem. Nic tam nie kupiłem, choć ręczę za żurek z wcześniejszych lat. Myślę, że poziom nie spadł. Na pewno nie cenowy  8).  Po własnym posiłku i wypiciu mieszanki zupek z termosu, dałem nogę nad Czarny Staw Gąsienicowy. Dobra pogoda, przyzwoita widoczność. Duża ilość kaczek w w/w stawie, właściwie już oswojonych zatrzymała mnie na dłużej. Tego nie było rok temu przy, choćby, Kościelcu… Powtórka z podejścia na Zawrat z przed wielu lat, dostarczyła wielu… niespodzianek. Oto na śmierć zapomniałem, że niebieski szlak nie przechodzi po krawędzi Zmarzłego (dla tej polskiej doliny!) Stawu, jak żółty, ale mija go bokiem, nad nim! A to dobre :0). Po drugie była okazja, wreszcie dokładniej obejrzeć od zachodu oba Kościelce i Zawrat ze źlebem, opadające ściany Orlej Perci I czy taterników, choćby w Źlebie Drege’a na zachodniej ścianie Granatów, przeoranych rok temu przez COG Katowice z naszą koleżanką Olą na czele. Ów taternicy spuścili nie lada lawinę skalną, ale nic nikomu się nie stało. Huk był jednak godny trzęsienia ziemi. Kilka dni wcześniej w Zawratowym Źlebie zginęła dziewczyna. Hmmm…. Do tej pory zastanawiam się jak to możliwe? Jest tam kilka niebezpiecznych miejsc, owszem, ale musiał być to widocznie bardzo niefortunny upadek. W sumie na Zawrat szedł główny potok ludzi. Większość potem szła do „Piatki” lub na Świnice. Niektórzy jednak odbijali w lewo na Orlą Perć.

Pogoda była spokojna czasem białe obłoki, czasem chmury na różnych piętrach wysokości przedzielały jak tort, poszczególne pasma gór. Przyjemna temperatura i wiaterek. Po włożeniu na siebie „bojówek”, a więc specjalnej przeciwsztormowej (antywiatrowej i antydeszczowej) kurtki oraz rękawic do wspinaczki (wszystko w kolorze agresywnej pomarańczy z szarymi pasami), pooliwkowaniu się no i po spakowaniu kijków do plecaka, można było zasmakować Orlej Perci I. Początkowo droga prosta techniczne, bez problemu, wręcz potem samym wierzchołkiem grani, wiedziecie nas wprost na Mały Kozi Wierch 2228 m n.p.m., który ma bardziej spadziste ściany na południowy wschód, niż można by myśleć. Oczywiście wyższe są te północne. Piękny z niego widok za Zamarła Turnię, Kozi Wierch no i całą resztę. Fajne miejsce na odpoczynek, zdjęcia i podziwianie widoków. W między czasie poznaję Krzyśka, Mirelę i Michała z Łodzi. Profesjonaliści i na pewno pasjonaci! Idziemy dalej razem. Zejście tzw. Żydowską Przełęczą poprzez początkowo Tyrolkę jest dość trudne techniczne, wymaga zgrabnych ruchów, umiejętnego stawiania kroków. Schodzimy wyłącznie brzuchem do ściany, miejscami bokiem. Dalej mamy nasz „orli” szlak po stronie Doliny Gąsienicowej, choć po jeszcze jednym kominie znowu idziemy granią. Zmarłe Czuby ze swą płytą i bardzo charakterystycznym Chłopkiem (stercząca, jajowata, skała na pochylonej płycie, przecząca prawom fizyki) to klasyka tego odcinka Orlej Perci. Doskonale widać stąd południową ścianę Zamarłej Turni. Gładką, potężną i pochyloną. Jedna z trzech najsłynniejszych ścian historii i rozwoju polskiego taternictwa, piękne drogi i ta południowa wystawa… Poezja ruchu ;0). Zmarła Przełęcz to także miejsce, gdzie jest ciekawy z kolei widok na tyły Kościelca czy idąc dalej, na Pustą Dolinkę i jej ścianami, Czarnymi Ścianami. Pięknie prezentuje się też Mały Kozi czy Mur Hrubego z Krywaniem. Potem mamy już podejście na Zamarłą Turnię i absolutny klasyk, zejście kultową drabiną do Koziej Przełęczy. Będąc w okolicy bardzo ciasnej Koziej Przełęczy widzimy, wręcz przewieszone, ściany Kozich Czubów, Wierchu czy potęgę od południowego wschodu zamarłej turni. A sama przełęcz jest jakby chwilą odpoczynku, właściwie nad przepaściami od południa i na pewno od północy. Naprawdę przytłaczające, głęboko wcięte między monstrualne ściany ciemne miejsce. Taka brama Mordoru. Dalej czerwony szlak Orlej Perci biegnie wraz z żółtym po pionowej ścianie masywu Kozich Czubów. To bardzo niebezpieczne miejsce, śliskie, drobne stopnie, duże odstępy, głaska skała, śliska, a pod nogami rosnąca w oczach otchłań. I tu spotykam ekipę w kasach, początkowo myślę, że to, Taternicy i że to ja nagle zabłądziłem, gdzie ja idę!? A to… zwykli turyści ubezpieczają się kaskami i lonżami. Pięknie! Bezpieczeństwo to podstawa! Moi znajomi z Łodzi idą dalej na Kozie Czuby i Wierch, a ja schodzę potem już tylko żółtym szlakiem w dół do „Piątki”. I tu niespodzianka! Spora! Nigdy w życiu tu nie byłem, a zejście i szlak są moim zdaniem, przez pierwsze 15-20 minut trudniejsze niż dobrze mi znany żółty szlak z drugiej strony Koziej! To bardzo strome zejście w czarnym kominie pod dużymi przewieszonymi ścianami, woda kapie na głowę, ślisko, ciemno. Potem jest jeszcze bardziej stromo, niby szlak ubezpieczony, ale trzeba się pilnować, aż do żlebu, gdzie mamy ruchome kamienie. Spora ekspozycja! Ciekawy fragment, bardzo miła, techniczna niespodzianka. Kto by się spodziewał…? :D A widoki na Zamarłą Turnie i je okap – wręcz powalają!!! Widać zjazd spod w/w Chłopka, po południowej ścianie Czubów grupy Taterników. W dolinie popołudniowy spokój. Tabuny ludzi schodzą ze Szpiglasowej. Szarlotka w „Piątce” i prośba jakiejś dziewczyny przed mną o  płatność kartą czy próba szukania bankomatu w pobliżu Wielkiego Stawu, mnie i urodziwą obsługę schroniska w Dolnie Pięcie Stawów Polskich, po prostu rozbrajają ! :D. To nie koniec niespodzianek. Oto pierwszy raz w życiu szedłem czarnym szlakiem w w/w schroniska do „Roztoki”. Początkowo to piękna galeria widokowa na wschodnie ściany Orlej Perci, Wołoszyna, ale i… Trzy Korony w Pieninach :D. Świat jest mały, tylko góry duże  :D.

A oto fotografie z Tatr Zachodnich z tego roku:
http://www.cog.org.pl/galeria/index.php/tatry_zachodnie/Ma-o-czniak-Mi-tusia-Kobylarozwy-leb-sierpie-2011
http://www.cog.org.pl/galeria/index.php/tatry_zachodnie/Polana-Chocho-owska
no i Wschodnich  8):
http://www.cog.org.pl/galeria/index.php/tatry_wysokie/Orla-Per-I-Zawrat---Kozia-Prze-cz-sierpie-2011?page=2&_=2
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 05, 2011, 08:16:16 wysłana przez Maciek »

Szypułka

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
    • Zobacz profil
Odp: Podsumowanie "Akcji" 2011
« Odpowiedź #1 : Sierpień 24, 2018, 01:53:57 »
Wow, to jzu tyle lat minelo, a wydaje sie jakby to bylo wczoraj :D
Góry są jak wąż - piękne, ale ich nieznajomosc potrafi zabic.