Autor Wątek: Podsumowanie zimowej wyprawy na Pilsko, luty 2012  (Przeczytany 1584 razy)

Maciek

  • Administrator
  • Użytkownik
  • *****
  • Wiadomości: 67
    • Zobacz profil
    • Email
Podsumowanie zimowej wyprawy na Pilsko, luty 2012
« : Luty 14, 2012, 06:32:43 »
Nic dwa razy się nie zdarza. Słowa jednego z najsłynniejszych wierszy niedawno zmarłej polskiej noblistki nic nie straciły na aktualności. Co więcej, wręcz zyskały. Oto ponownie przyszło stawić nam czoła zimowemu wejściu na Pilsko i to znowu w ekstremalnych warunkach, ale jednak kompletnie innych. Albowiem w lutym 2009 roku drogi były białe do tego zwały śniegu, ciągłe burze i zamiecie śnieżne, problemy z podjazdem na Przełęcz Glinne. Jakby tego było mało, nieprzetarty, od samego początku, szlak, mierna widoczność i te ciągłe zawieje, ale było o niebo cieplej niż w tym roku. Chociaż udało się ledwie zrobić kilkadziesiąt metrów na kopule szczytowej Pilska, to jednak był to bardzo heroiczny wyczyn, a kapitulacja przed gigantyczną zaspą i tak była nieunikniona, wówczas jednak szło z nami bardzo wiele dziewczyn, były to Walentynki i słusznie Grzesiek T. wówczas zauważył, że było już późno, bo było bardzo późno! Nie mniej, placek dziewczyn był cudny, bodaj Gosi  :P.

W tym roku podeszliśmy do tematu zupełnie inaczej. O niebo bardziej profesjonalnie! Przede wszystkim wyjechaliśmy o 6:00 rano z Katowic, jednym, pełnym chopa autem. Zwężenia i objazdy w Tychach połknęliśmy bardzo płynnie, wreszcie(!) sprawnie ominęliśmy Bielsko nową, niebiańską obwodnicą i żeby tylko do Żywca asfalt zmienić lub najlepiej też poszerzyć, a będzie cudnie. Od Żywca do Krobielowa - sielanka. Ostry podjazd z Korbielowa na Przełęcz Glinne po czarnym, nieco zmrożonym po bokach, asfalcie, poszedł bardzo lekko, czyniąc kompletnie nieprzydatnym łańcuchy, które dopiero w tym roku… jak to Kuba mawia, nabyłem drogą kupna  8).

Po drodze patrzyliśmy jak spada temperatura z -17 do -20 st C. Pusta droga. Spokój. Skutek był taki, że już o 7:45 byliśmy na miejscu, gdzie przebraliśmy się na parkingu Glinnego, małe co nieco, no i po 8:15 ruszyliśmy w las szlakiem czerwonym, tuż obok słowackiego, niebieskiego, którym to potem szliśmy za rozstajem.

Przy bardzo dobrej widoczności i w miarę udeptanym szlaku na wyprawę wyruszyli ze mną Piotrek (bez stup-tutów, ale miał na sobie dobre skarpety, spodnie i buty), Michał F. oraz dwie nowe postacie COG Katowice: Michał K. i Miron. Chłopaki byli sprzętowo przygotowani nie gorzej ode mnie, a z czasem nawet lepiej, o tym może później. Kondycyjnie także dawali radę, bardzo równo i grzecznie szali po śniegu. Krótkie dyskusje i kawały dodawały nieco otuchy. Nie czułem początkowo stóp. Gdzieś tak po półgodzinie poczułem, że rozgrzałem palce u nóg (za mało luzu było pomiędzy warstwami skarpet a butem, który jest raczej na okres poza zimowy…). Coraz lepsza widoczność, zaczęło robić się jasno. Nadal cholernie zimno. Krótki odpoczynek, termosy, czekolady i dalej w drogę. Z czasem zauważyłem, że tylko mnie zależało na nieco dłuższych przystankach, bo chyba i tylko ja jakoś stojąc nie marzłem, reszta wolała iść dalej. Choć i tak odpoczynki były na stojąco! Z drugiej strony… jak miło znaleźć się wśród takich piechurów! Z czasem dało się zauważyć, że drzew było jakby mniej, choć były potężniejsze, bardziej obielone, śnieg większy, a temperatura mniejsza. Przy kolejnym odpoczynku widoczne było, że na rozdrożu szlaków, czerwony Główny Szlak Beskidzki, skręcający w prawo był słabo, ale jakoś przetarty, nawet nie przypuszczaliśmy jak szokujące mieliśmy przygody próbując wracać nim… Tymczasem ostro szliśmy niebieskim, widać porządnie ubitym przez narty, deski, ratraki szlakiem na Pilsko. Z czasem zmieniać mnie zaczął Michał K., który miał wyraźnie nadwyżkę energii. Dużo też biegał robiąc fenomenalne zdjęcia, pełne zaskoczenia, do których link jest w poście na końcu (moje są w galerii COG).

W końcu doszliśmy do granicy lasu i podstawy kopuły. I był ważny moment. Zarządziłem główny odpoczynek i przegrupowanie sił. Mnie trochę spięło i postanowiłem ulepić za winklem brązowego bałwana (…)  ;D. Nie pytałem wówczas co Polska może zrobić dla mnie, nie myślałem o temperaturze. Myślałem raczej o tych wszystkich pionierach idących na Alaskę, których oglądałem niegdyś w westernach „Jak zdobywano dziki zachód” czy „Przełomy Missouri” i ten Zeb McKine żujący gumę, bo pasty do zębów wtedy nie widzieli. Spojrzałem na parujący stolec i ciepły mocz na bielutkim śniegu. Niebywałe, że człowiek ma 36,6 st C w ciele… Całość sztywniała jednak w mgnieniu oka, to na pewno jest ta „entalpia dewaluacji” o której niedawno wspominał Główny Projektant mojej firmy, wracałem do siebie. Tak czy inaczej stolec był stały, a to, jak dobrze wiemy, jest gwarancją dobrego samopoczucia i satysfakcji  :D.

Tymczasem chłopaki napojeni, najedzeni zaczęli się wygłupiać  ;). Mnie było tak ciepło, że na czas posiłku na jakieś 10 minut przy -20 st. C zdjąłem czapkę, szalik, rękawiczki, kaptur i… kurtkę. Widać to świetnie na zdjęciach w galerii, co za kontrast z resztą. No, ale trzeba było się zbierać w dalszą drogę. Początek podejścia na kopułę szczytową Pilska jest dość ostry. W sumie cudem się nie osuwaliśmy i nie zapadaliśmy. Delikatnie spadała temperatura, ale nadal spokój. Okazało się, że trzy lata wcześniej, idąc trawersem, zupełnie zboczyliśmy ze szlaku. Szlak centralnie biegnie na wprost i tyle! Tym razem był ubity, choć czasem noga wpadała po kolano, koło nielicznych drzew. Kiedy wyraźnie byliśmy nad koronami drzew, wyłoniła się piękna panorama na cały masyw Babiej Góry, widać było też i Gorce czy w końcu Tatry, jakie tylko chcecie. Nie brakowało chwil zachwytu i zadumy. Michał K. i ja poszaleliśmy nieco z naszymi aparatami, warto było, jak możecie się przekonać oglądając zdjęcia! Z czasem drzewa zniknęły lub zamieniły się potężne lodowo-śnieżne pomniki, podobnie jak krzewy. Piotrek zmienił skarpety, podobnie jak Michał F. wyżej. Rzut oka na mapę nie pozostawiał wątpliwości, że jeszcze kawałek przed nami  :'(.
 
Pojawiło się bardzo małe i blade słońce nad zamrożonymi drzewami, cudny widok. Mniej cudny było szarzejące niebo nad śnieżnym, pełnym bieli grzebiecie od Pilska do Pięciu Kopców. I właśnie wtedy, kiedy zauważyłem Tablicę góry Pięciu Kopców, wiedziałem, że damy radę i na Pilsko wejdziemy. Dopiero wtedy nabrałem pewności. Sęk w tym, że nieco przed wcześnie, bo w tym samym momencie zauważyłem biały wiatr nad granią, gdy dochodziliśmy do tablicy, zaczęło i mocno wiać i głośno świszczeć. Temperatura bardzo mocno spadła, odczuwalna lepiej nie mówię. Michał F. zaczął coś robić z ciuchami, ja (jak ostatni debil!) zmieniać baterie do aparatu i to na lodzie… Potem kilka baterii mi uciekły. Michałowi F. zamarzły w ciągu kilku minut… od środka okulary. Prawa ręka prawie mi odpadała. Kilka fenomenalnych fotek i nagle wszyscy patrzą się na mnie przerażeni, że mam cały biały nos! W istocie zatkał się i zacząłem powoli oddychać ustami (błąd zbyt dużych kroków stawianych na kopule, wcześniej). No coś czułem, że mi nos nieco zmroziło, ale czy ja wiem? Niestety nie mogłem go widzieć, bo to mój nos  :). Nie czekając długo ruszyliśmy na Pilsko, jego wierzchołek. Centralnie pod lodowaty wiatr, może nie huragan, ale nieźle dawało. Aparat znowu zawiódł. Nie dało się zrobić zdjęcia z samowyzwalacza. Dobrze, że w ogóle się coś dało! Kilka fotek, jakiś bałwan, krzyż, ołtarz, tabliczki kierunkowe i te czarne ptaki fruwające, tez takie zdjęcia mamy, jak niemal fruwamy. Istotnie niewiele brakowało abyśmy odlecieli. Chłopaki uciekli pod tablicę na Pięć Kopców, mieli zaczekać z drugiej strony gdzie nie wiało tak bardzo. A ja przy temperaturze odczuwalnej -45 st. C zrobiłem kilka panoram aparatem i telefonem. Widoki były cudne. Królowa Beskidów, Gorce, Tatry Wysokie, Zachodnie, ale i inne… Mała Fatra, Beskid Śląski… poczułem dotknięcie pustki. Zima jest piękna, ale i zabójcza. Wsunąłem aparat do pokrowca, ale nie mogłem go zasunąć. Cała prawa ręka była bordowa i sparaliżowana. Zębami i mostkiem na nich nasunąłem, jak umiałem rękawiczkę, na palce prawej ręki. Jakbym nie moja rękę widział. Na Pięciu Kopcach Miron, także miał zmrożone ręce i zdołał tylko przełożyć mi aparat z prawej kieszeni kurtki do lewej. Musiał potem włożyć sobie rękawice. Rozumiałem go doskonale. Wiatr szalał. Michał K. obwiązał mi buzię z nosem szlakiem dookoła głowy, jak umiał, a potem nałożył kaptur. I tu Wielkie Dzięki! Co za poświęcenie! Ręka w rękawicy była w kieszeni. I tak zacząłem szybko schodzić wzdłuż wyciągu do schroniska na Hali Miziowej. Zero turysty. Tylko narciarze. Z nosem i twarzą już przed schroniskiem było O.K. Jednak prawa ręka nadal sztywna, bardzo mnie szczypały palce. Chłopaki zaczęli na razie jeść własne rzeczy, pić, a ja w łazience najpierw chłodną wodą, a potem ciepła płukałem prawą rękę. Myślałem, już nigdy nie kupię badziewnych akumulatorków i ładowarki. Ból był k….a nie do opisania. Kucie i szczypanie nie z tej ziemi. Oby w piekle było lepiej  :).

Wkrótce mogłem poruszać palcami, nadal mnie szczypały jak po oparzeniu. Żurek, bigos, konkurs czekolad, bawiliśmy się przednio. Narciarze patrzyli na nas z dużą rezerwą a i nie rzadko z przerażeniem. Zdradzały też nas stup-tuty. Oblodzone. Michałowi F. także odtajał nos i nieszczęsne okulary. Mój nos także ponoć wyglądał przyzwoicie. Zabawiliśmy na Miziowej dobrze ponad godzinę! Spotkaliśmy w schronisku Grześka S. z nartami w ręku, który dobrze zna tą górę. Nie obyło się od ceremonii powitalnej i wymiany kilku uprzejmości, godnych postaci w które się czasem wciela (…)  ;).

No i po wyjściu ze schroniska miało być lightowo, od czerowny GSB, najpierw koło nartostrady, a potem w lesie, aż do spotkania z dobrze nam znanym niebieskim szlakiem. To miała być idylla i dziecinne zamknięcie pętli wokół Pilska. Widzieliśmy bowiem wcześniej, że ktoś nieco przedeptał czerwony szlak na drugim jego końcu przy w/w rozstaju. Okazało się, że bardzo, ale to bardzo się myliśmy. Główny(!) Szlak Beskidzki był kompletnie (idąc od Miziowej na Glinne), ale to kompletnie nie przetarty i fatalnie, karygodnie oznakowany. Wszyscy byliśmy w ciężkim szoku! Idąc po pas, cały czas zapadaliśmy. Brnęliśmy bardzo powoli i za bardzo w dół. Michał K., który miał najwięcej sił starł się mnie zmieniać. Doszliśmy do wniosku, że paradoksalnie trzeba  nawet iść nieco do góry, bo raz, że nie sposób było dostrzec znaki, a dwa, że nie dało rady iść poziomu obok zbocza, które miejscami było cholernie strome! No trochę chodzę po nieco wyższych górach… zacząłem się osuwać. Wk…..m się nie na żarty. Reszta była równie wściekła. Bardzo dużo sił nas to kosztowało! Bardzo. A ile czasu….! W końcu trafiliśmy na powalone drzewa pod zwałami śniegu, bez komentarza (…)! Michał F. poprosił mnie o kijki  ???.

Tymczasem martwiłem się też o Piotrka, bo w końcu szedł po pas bez stup-tutów! W pewnym momencie Michał K. wyciągnął mapę i bardzo dokładnie zaczęliśmy analizować każdy garb, zamarznięty potok, poziomice na mapie, oblodzenie drzew, żeby dowiedzieć się gdzie jesteśmy. I choć chłopaki padali na twarzą, ujrzeliśmy coś na kształt ścieżki i poszliśmy nią, choć pod górę. Potem kilku snowboardzistów, którzy spadli na nas w środku lasu, utwierdziło nas w przekonaniu, że dojdziemy tedy do niebieskiego szlaku… Idziemy, idziemy, jesteśmy coraz wyżej. Tymczasem zaczęło się ściemniać i co nowość – padać lekki śnieżek. Wyraźnie Michał F. i Miron nie wyglądali najlepiej. Piotrka spodnie też nie zasługiwały na okładkę „Vouge”. Tymczasem Michał K. miał cały czas dużo siły i dobrego humoru. I takie parcie i pewność do słuszności swoich poglądów. I miał chłopak rację. Tylko niewiadomo jak długo musielibyśmy jeszcze iść pod górę, w tych, nowych warunkach w tym stanie, aby spotkać niebieski szlak i nim wrócić. Powiem tak, jakbyśmy byli we dwóch w Michałem K. i ja nie musiałbym potem prowadzić auta, poszedłbym bym z nim dokoła Pilska i dwa razy! Ale było inaczej, zarządziłem więc zejście po zboczu pod kątem długim trawersem. W końcu natrafiliśmy na bardzo dobrze ubitą drogę. Nie wiedzieliśmy, w jakim kraju jesteśmy  :D. Ale droga bardzo się wkrótce spodobała. Bardzo przyjemnie nią się szło. Wkrótce okazało się, że zeszliśmy do podstawy zielonego szlaku na Pilsko koło nartostrady. No i z Korbielowa trzeba było, drzeć jeszcze pod górę na Glinne. W sumie czołówkę można było włożyć, ale nie było aż tak ciemno. Dochodziła 17:15. Przepakowanie, akumulator pięknie zapalił i dym do Katowic. W aucie było jak w saunie. Bosko.

Wielkie Dzięki za niebywałą odwagę i męską, bardzo śmiałą i w pełni odpowiedzialną decyzję i udział w zimowej wyprawie na Pislko w, wygląda na to, że najzimniejszą sobotę tej zimy! Dzień po rekordzie zimna w Jabłonce na Orawie, która z patrząc z Pilska pokrywała białą lodowatą mgłą  przestrzeń między Pilskiem a Tatrami. Brrrr… Piotrek, Michał F. Miron i Michał K. Zuch chopy! Dodatkowo Specjalne Dzięki za pomoc Michałowi K. w owinięciu mnie szalikiem i kapturem, bardzo dużo pozytywnej energii mobilizującej, zmienianie mnie na prowadzeniu, często torowaniu. Wieli Szacun za ilość sił przy torowaniu szlaku przy powrocie! No i ta świeżość umysłu przy czytaniu mapy, wyciąganiu wniosków… chylę czoła. Takiej orientacji w przestrzeni i to pod koniec wycieczki, kiedy robiło się późno, dawał znać o sobie zmęczenie nie spotkałem od 1999 roku! Michale, powodzenia w Pirenejach, całe COG trzyma za Ciebie kciuki!  :D

Fotki od Michała K.:
https://picasaweb.google.com/106022377289050953275/PILSKO

Moje w naszej galerii (bez odcinka powrotnego Miziowa – Glinne, aparat nawalił  :P):
http://www.cog.org.pl/galeria/index.php/beskid_zywiecki/Pilsko-luty-2012

 
« Ostatnia zmiana: Luty 14, 2012, 06:56:56 wysłana przez Maciek »

gooral23

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 1
    • Zobacz profil
Odp: Podsumowanie zimowej wyprawy na Pilsko, luty 2012
« Odpowiedź #1 : Wrzesień 22, 2017, 01:51:18 »
Świetne zdjęcia, a opis wyprawy naprawdę robi wrażenie :)
Sam zacząłem zastanawiać się nad wyjazdem zimą.
Pozdrawiam