Autor Wątek: Podsumowanie „Akcji” 2012  (Przeczytany 1146 razy)

Maciek

  • Administrator
  • Użytkownik
  • *****
  • Wiadomości: 67
    • Zobacz profil
    • Email
Podsumowanie „Akcji” 2012
« : Październik 04, 2012, 09:06:23 »
W ostatni weekend września odbyła się III i ostatnia jak na razie edycja „Akcji weekendowych w Tatrach”. W tym roku niemal całkowicie, w praktyce, środek ciężkości skupił się na Tatrach Zachodnich.

Oprócz mnie, głównie ze względu na późny termin jak i trudności techniczne na Rohaczu Ostrym, do wyprawy zgłosił się Piotrek, dobrze Wam znany miłośnik głównie zimowego, długiego, kondycyjnego zdobywania poszczególnych szczytów w Beskidach. Ma za sobą np. kilka wejść zimowych na Babią Górę i to z różnych stron. Ja miałem robić za przewodnika i bardziej dbać o Piotrka na trudniejszych fragmentach, bardziej technicznych.

Sam dojazd z Krakowa „Zakopianką” trwał niecałe dwie i pół godziny. Piękna pogoda, Tarty w tle. Do pensjonatu w Cyrhli dojechaliśmy jednak przez Poronin i Bukowinę Tatrzańską, bo tradycyjny wjazd w piątkowy wieczór do Zakopanego, raczej nie wyglądał zachęcająco, sporo aut.  Po drodze zatrzymaliśmy się podziwiać majestat Tatr Bielskich, no i Wysokich z imponującym Lodowym Szczytem. Coraz bardziej mi się ta góra podoba  ;D. Krupówki wieczorem tętniły życiem, dobre piwo i placki ziemniaczane z gulaszem!

Poranek przywitał nas, wcale nie tak niską temperaturą. Przez Zakopane przed 8:00 jedzie się dość sprawnie. U progu Doliny Chochołowskiej opłaciliśmy parking na cały dzień, 20 zł i bulnęliśmy jeszcze po 10 zł za wypożyczenie rowerów górskich i dojazd w jedną stronę najdalej jak się tylko da, czyli do Leśniczówki – i to był pomysł bardzo, bardzo dobry. Oszczędność ok. 35-45 minut okazała się potem zbawienna, jak z resztą sami możecie sprawdzić na naszej galerii Tatr Zachodnich (…).  :P

Piotrek nie był jakoś zachwycony stanem „swojego” roweru, a w sumie w „moim” działała co druga przerzutka  :o, ale jakby nie było, historyczny i absolutnie premierowy, przejazd rowerem w Tatrach mam ja i Piotrek za sobą!  8) Na krótko zatrzymaliśmy się w jeszcze śpiącym schronisku w Dolnie Chochołowskiej, małe no nieco, przepakowanie, piękna, słoneczna i coraz cieplejsza pogoda, cudna Polana Chochołowska. Ale było to ciepło już jesienne.

Podejście „papieskim” żółtym szlakiem na Grzesia początkowo było dość ostre, a potem w miarę łagodne. Wzmagał się wiatr. Kurtki jednak poszły do plecaków. Na Grzesiu 1653 m n.p.m. już nieźle wiało. Piękne panoramy! Na północy Jezioro Orawskie pod taflę białych chmurek, nad nimi spora Babia Góra, dalej Pilsko. Skrzyczne też było widać! I to dobrze. Za zachodzie Fatra, na wschodzie… całe Tatry jak okiem sięgnął. No na południu Rakoń, Wołowiec, Rohacze, ale co sprawiło mi największą radość, dalej za Rohaczami, na prawo, iście naprawdę imponujące pasmo Orlej Perci Tatr Zachodnich – Kopy, Banówka, Pachoł, Spalona no i Salatyny… wszystko grubo ponad 2000 m n.p.m. I co ciekawe, piękne ściany i skały, rozległe zbocza, doliny, zwłaszcza Dolina Rohacka i Smutna. Droga Długim Upłazem, a więc grzbietem na południe wzdłuż granicy ze Słowacją to była całkowicie czysta przyjemność. Świetnie, że w pierwszą stronę poszliśmy tamtędy, niebieskim szlakiem. Jest mnóstwo zdjęć w naszej galerii. Przed Rakoniem, pełno zawodników maratonu, który organizował KW Zakopane, ludzie leżeli na czerwonych i pomarańczowych łąkach porastających łagodne stoki Rakonia. Sielankowo. Widok na Dolinę Smutną i Rohacze – coraz ciekawszy. No i on. Gwóźdź programu Wołowiec. Spora góra. Jednak Rakoń mający 1879 m n.p.m. to także dobry punkt widokowy. Z niego najlepiej, jak na dłoni widać cały szlak na Wołowiec. Na sam Wołowiec wiedzie średnio stroma droga. Na szczycie sporo ludzi, więcej Słowaków. Widok z mierzącego 2064 m n.p.m. jest absolutnie wyjątkowy, piękny. Bardzo obszerne panoramy. Trzy granie, gdyż jest to szczyt zwornikowy. Wrażenie wysokości – imponujące. Bardzo ładna pogoda, choć nieco chmur już wlatywało z południa od Rohaczy. Spory wiatr, ale czasem mniejszy niż porywy na Rakoniu. Tam też nieco odpoczęliśmy. Volovec – po słowacku brzmi monstrualnie  :D.

Potem zeszliśmy już czerwonym szlakiem na Jamnicke Sedlo (Jamnicka Przełęcz 1908 m n.p.m) dość szybko, na stromym zejściu, tracąc wysokość. No, a potem zaczął się deser. Bardzo dobry. Krajobraz zmienia się całkowicie. Zamiast wapienia i dolomitu… jakby znowu granit rodem z Tatr Wysokich. Wysokość zdobywamy nie wolniej, niż na północnej ścianie Kościelca Wielkiego! Potężna, pionowa, a czasem i przewieszona(!) zachodnia ściana Rohacza Ostrego w cieniu coraz większych chmur robi wrażenie. Niewiele gorsza, wschodnia. Zaczyna się klasyczna grań jak na naszej Orlej Perci koło Małego Koziego idąc z Zawratu. No i nagle korek. Spory uskok, prawie pionowy komin i łańcuchy a nich ludzie. Łańcuchy za długie, niektóre nie przymocowane do niczego, a ludzie, różni, w większości rozumni, bo to Słowacy. Pasjonaci Orlej Perci Zachodu. Ponieważ kolejka się dłużyła, pogoda pogarszała postanowiłem skręcić ze szlaku i centralnie ścianą klasycznie się wspiąć te kilka metrów, tak aby nikomu nie przeszkodzić i niczego na łeb nie spuścić  ;). Warto było! Fajne emocje :D. Pomiędzy pierwszym a drugim kominem i przełączką między dwoma wierzchołkami mamy tzw. „konia”. Mocno pochyła płyta, opadająca na południe, gdzie dalej mamy coraz bardziej pionowy kształt, a dalej niezłą przepaść. Z drugiej strony urwisko jak się patrzy. Tu idziemy jeden za drugim we wciętych w płycie szczelinach. Są łańcuchy. Dość dobre. Jest trochę dziwny, każdy kto idzie robi to ostrożnie, a z jednej i drugiej strony „konia” wszyscy na Ciebie patrzą i cierpliwe (w większości czekają). Było kilka osób z większymi plecakami. Potem mamy drugi komin głębszy i wyższy. Bardziej pionowy. Dość trudny przy zejściu, ale fajny. Piotrkowi też się spodobał. Ma też fajny film jak potem z niego schodzi. Są bardzo fajne zdjęcia z podejścia i wspinaczki na Rohacz Ostry. Na głównym wierzchołku, na wysokości 2088 m n.p.m. byliśmy jak już weszła w nas biała chmura. Cisza, nic nie wiało. Od powyżej 2000 m - takie mleko, ale i tak coś tam na zdjęciu widać  ;).

Skończyły mi się zdjęcia w telefonie, pogoda także, decyzja mogła być tylko jedna – odwrót. Do Jamnickiej Przełęczy było całkiem fajnie, ale potem, niekoniecznie. Chmury się porozrywały, szybciej leciały, pociemniały, Smutna Dolina także, zaczęło kropić i bardzo mocna wiać. W drodze powrotnej ścięliśmy główny wierzchołek Wołowca, idąc zachodnim zboczem bardzo wąską ścieżką WOP-owską. Nieźle nami targało. Huraganowe wiatry. No, ale na szczycie jeszcze większe… Zejście z Przełęczy pod Wołowcem zielonym szlakiem mocno się dłużyło. Łagodne, ale nudne. Do tego zaczęło, aż do schroniska, z małymi przerwami, nieźle padać. Miły szum wody w potokach  :). W „Chochołowskim” zjedliśmy po żurku. Oczywiście był najlepszy w świecie. Potem jak wyszliśmy zrobiło się ciemnawo. Ale co ciekawe, pogoda się poprawiała. Nawet w lesie nie włączyliśmy czołówek. Po co? Piękny księżyc, na polanie koło parkingu z daleko widziałem moje auto. No, ale nie było za ciepło.

W sobotę wieczorem były oczywiście placki z gulaszem, ale i cudne gofry ze śmietaną i owocami. Lepszych w życiu nie jadłem. Piotrek znalazł też sklep z bardzo dobrym chlebem, takim co można go jeść bez niczego… Są takie, serio  :D. Pyszności!

Nagle po 21:00 zaczęło strasznie wiać i padać. Nie wiadomo skąd. Ewakuacja. Cała noc padało i strasznie wiało. Rano jeszcze była mżawka, ustała po porannej mszy. Widoczność kiepska, mgła. Prześlijmy się do Murowańca i Czarny Staw Gąsienicowy przez Psią Trawkę z powrotem przez Upłaz i Nosalową Przełęcz, dalej obok Kopieńca Wielkiego, prosto do Cyrhli. Wieki tamtędy nie wracałem  ???. Spokojnie, dostojnie, na lekko. A! W „Murowańcu” zalałem sobie wrzątkiem własną zupkę za 50 gr w mojej misce. Zjadłem też kanapki, które na miejscu sam sobie zrobiłem z konserwą. Piotrek dał gospodarzom zarobić i coś kupił na ciepło. Otaczająca nas grupa kilkudziesięciu Niemców była zszokowana moją samowolką!  ;D Kto wie, może i do nich kiedyś dotrze cywilizacja oraz właściwa definicja słowa „schronisko górskie”?

Z Cyrhli przez Centrum Zakopanego, tankowanie w Kościelisku, Witów, Chochołów, a potem przez Słowację, Tristine, objeżdżając potężne, niebiańsko, odbijające księżyc Jezioro Orawskie i Namestovo, wjechaliśmy obok Pilsko przez Przełęcz Glinne i Korbielów do Polski. Dalej Żywiec, Bielsko, Pszczyna, Tychy, Katowice. Całość… 3h!!! Absolutny rekord świata 18:30 – 21:30 (plus jeszcze tankowanie!). Puste drogi, księżycowa noc… Tak dobiegła końca ostatnia w tym kształcie COG w Katowicach wyprawa w Tatry i zarazem III edycja „Akcji Weekendowych w Tatrach”.

Podziękowania dla Piotrka!  ;)

P.S.
Na pewno na przyszłość Rohacze Ostre warto potraktować od Słowacji i to osobno, bez Wołowca. To inny świat, a dalej Kopy i Salatyny, także zasługują na odwiedziny. Zapadne Tatry są piękne i ciekawe. Niepotrzebnie też brałem rękawice narciarskie czy raki(!). Ale rękawiczki rowerowe, termos z herbatą, no i ciepłą kurtkę, owszem  :).
« Ostatnia zmiana: Październik 05, 2012, 04:24:28 wysłana przez Maciek »

stasiu

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
    • Zobacz profil
Odp: Podsumowanie „Akcji” 2012
« Odpowiedź #1 : Kwiecień 13, 2018, 02:29:21 »
Super akcja , gratuluje :D
Znajdź odpowiedni krem na cellulit . To koniec Twoich problemów.